Wiesz, że cię lubię... - rozdział 1



Obudziłem się z samego rana, o dziewiątej. Powoli zwlekłem się z łóżka, sprawdzając wcześniej telefon. Miałem dwa nieodebrane połączenia od Tao. Stwierdziłem, że jak będzie jeszcze czegoś chciał to zadzwoni ponownie. Przetarłem lekko zaspane oczy i udałem się do łazienki, odprawiać szamańskie czary, mające na celu upiększenie mnie.

Najpierw wziąłem szybki, półgodzinny prysznic. Kocham jak ciepła woda spływa po moim tłustym ciele, a zapach pomarańczy roznosi się po łazience. Kiedy wyszedłem, nie wycierając się, udałem się w stronę zaparowanego lustra. Przetarłem je ręką, a moim oczom ukazał się obraz małej świnki z blizną na twarzy. Wolałem na to nie patrzeć, ale jak zacznę odprawiać moje czary bez lustra, efekt może być odwrotny od zamierzanego.

Gdy mama skończyła się malować, w końcu mogłem spokojnie przysiąść i skończyć swoje szamańskie czary. Uprowadzony przeze mnie krem rodzicielki odżywił moją suchą skórę, nadając jej zdrowy wygląd. Na spierzchnięte usta nałożyłem balsam, a cienie pod oczami przykryłem masą pudru. Potem zabrałem się za fryzurę. Misternie ułożyłem każdy z tysięcy włosów na głowie. Całość spryskałem lakierem, aby wiatr nie zdmuchnął mojej ciężkiej pracy. Oczywiście nie pomyślałem wcześniej, żeby zdjąć swoją różową piżamkę w króliczki i przebrać się w typowy strój dla bad boy'a.

Pobiegłem do pokoju i wyjąłem z szafy moje ulubione czarne spodnie, które były tak obcisłe, że ledwo stawiałem w nich kroki. Wszystkie niedogodności wynagradzał mi jeden fakt - wyglądałem szczuplej. Następnie założyłem luźną, białą bluzkę z jakimś angielskim napisem, ale nie miałem pojęcia co on oznaczał. Na wszystko zarzuciłem czarną bluzę, która była tak cieplutka i milusia, że mógłbym w niej zasnąć.

Rodzice zaproponowali mi podwózkę, na co chętnie przystałem. Nienawidziłem jeździć autobusami czy też innymi, publicznymi środkami transportu. Szybko zgarnąłem kurtkę, przerzuciłem torbę przez ramię i wcześniej zamykając dom, wsiadłem do samochodu, który już na mnie czekał.

W środku cały stres dał mi o sobie znać. Czułem dziwny ścisk w brzuchu. Właściwie mogłem to porównać do stada motyli, które łaskotały moje wnętrze, wywracając żołądek do góry nogami. Ręce, w których kurczowo trzymałem telefon zaczęły się pocić. W duchu prosiłem Boga, żebym nie zemdlał. Zawieranie nowych znajomości nie jest mocną stroną, a o Yifanie nie wiem nic, z wyjątkiem tego, że lubi anime i jest nieziemsko przystojny. Jeśli jego charakter również będzie w moim guście, to udam się na pieszą pielgrzymkę, w podzięce. Rozmyślanie o moich planach przerwał mi wibrujący telefon. Na ekranie pojawił się nieznany numer, co zniechęciło mnie do odebrania. Jednak się przełamałem i nacisnąłem zielną słuchawkę.

- H-halo? Z tej strony L-luhan - zająknąłem się. Nikt by nie pomyślał, że rozmowa przez telefon jest taka trudna. Niestety lepiej mi to idzie niż dialog w rzeczywistości.

- Cześć, tu Kris - przywitał mnie niesamowicie pociągającym głosem - Chciałem tylko zapytać kiedy będziesz.

- Umm - zamyśliłem się - W-wydaje mi się, że za jakieś 5 minut będę pod kinem. W-właśnie wysiadłem z samochodu i jestem na parkingu galerii - starałem się opanować mój lichy głosik, ale wiadomo z jakim skutkiem.

- Okay! Ja będę czekać przy kasie. Mam czerwoną kurtkę, więc bez problemu mnie rozpoznasz. To do zobaczenia za pięć minut! - powiedział entuzjastycznie i zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, zakończył połączenie.

Schowałem swój telefon do tylnej kieszeni spodni. Aż sam się zdziwiłem, że zdołałem go tam wcisnąć. To nie jest teraz istotne - stwierdziłem w myślach - muszę się wyluzować i udawać fajniejszego niż jestem.

Powolnym krokiem ruszyłem w stronę kas kina. Chciałem jak najdłużej odwlekać moment spotkania. Właściwie to miałem zadzwonić do Tao, opierzyć go i kazać przyjść tu w ciągu minuty. Tylko, że zdawałem sobie sprawę, że ten wredny człowiek nigdy mnie nie uratuje. Zrobiło mi się trochę smutno, bo niby jaki przyjaciel skazuje cię na tak ogromy stres? Żaden dobry. Rozmyślając nawet nie zauważyłem stojącego przede mną wysokiego chłopaka, o kruczoczarnych włosach. Wpadłem na niego i ledwie utrzymaliśmy równowagę. Musiałem złapać się jego szarej bluzy i lekko w niego wtulić. To było chyba najbardziej żenująca sytuacja w moim życiu, zwłaszcza że ten chłopak to bóg wszystkich bogów. Jego rysy były po prostu idealne. Jasna karnacja podkreślała jego czarne tęczówki. Kusił swoimi ustami, od których nie sposób oderwać wzroku.

Jedno odchrząknięcie sprowadziło mnie na ziemię. Szybko oderwałem się od chłopaka i zacząłem spoglądać na swoje buty. Zadziwiające jak sznurówki potrafią być ciekawe, zwłaszcza w stresujących chwilach. Jednak wiedziałem, że wszystko było spowodowane przeze mnie i musiałem przeprosić. Odważyłem się na sekundę spojrzeć w oczy wyższego.

- P-przepraszam, jestem straszną niezdarą - ukłoniłem się lekko i nie czekając na odpowiedź, minąłem go. Kiedy znalazłem się już za jego plecami poczułem ulgę, która chwila potem przerodziła się w lęk. Poczułem uścisk na moim ramieniu. Odwróciłem się, żeby zobaczyć co mnie krępuje, ale pożałowałem tego.  Chłopak, na którego wpadłem przyglądał mi się w dziwny sposób. Nie wiedziałem czy co złość, odraza, czy może coś innego. Patrzyłem na niego tępym wzrokiem, czkając na jakiś ruch z jego strony. Jednak po minucie miałem tego dość i poczułem się nieco śmielszy. - O co chodzi?

- Ja.. - brunet widocznie nie wiedział co powiedzieć - przepraszam, ale jak się nazywasz?

- Luhan - odpowiedziałem szybko, ponieważ jego pytanie zbiło mnie z tropu.

- A więc Luhan - chłopak lekko się uśmiechnął - Nazywam się Oh Sehun. Cieszę się, że na mnie wpadłeś. - puścił mi oczko. Każdy w promieniu w kilometra mógł usłyszeć moje bicie serca, co nie wróżyło nic dobrego. Ten chłopak sprawił, że moje nogi zrobiły się jak z waty. Wiedziałem, że muszę od niego jak najszybciej oddalić, bo w przeciwnym razie zbieraliby mnie z podłogi. Nikomu nie polecam być aspołeczną duszyczką, o małej tolerancji na stres.

- Wybacz, ale muszę iść. Jestem umówiony - uśmiechnąłem się lekko. Kiedy Sehun puścił moje ramię, odwróciłem się i pośpiesznym krokiem udałem się w stronę kas. Troszkę obawiałem się reakcji Yifana, bo pięć minut już dawno minęło.

Jak się okazało Kris wcale nie był na mnie zły. Jednak cała ta niezręczność była tak intensywna, że można było ją złapać gołą dłonią. Na szczęście chłopak nie był nieśmiały, więc szybko przejął inicjatywę. Opowiadał mi o sobie, a ja z nieukrywanym zaciekawieniem słuchałem jego opowieści. Chodziliśmy w kółko po galerii, dopóki nie znaleźliśmy fajnego, ustronnego miejsca, z dala od całego zgiełku. Podobało mi się, że Yifan dał mi czas na oswojenie się. To było bardzo miłe. Potem nawet włączyłem się do rozmowy, jednak nadal miałem żołądek pełen motyli i innego okropieństwa. Na szczęście godzina szybko minęła. Kiedy w końcu pojawił się zdyszany Tao poczułem ogromną ulgę. Jestem uratowany - pomyślałem i uśmiechnąłem się pod nosem, nie zwracając uwagi na towarzystwo.





A/N: Jak zwykle krótki rozdział ;/ Mam nadzieję, że nie było aż tak źle.

Komentarze

Popularne posty